Text Size
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

blog

 Rozpoczęła się już doroczna walka o stopnie, co zainspirowało mnie do kilku przemyśleń, którymi chętnie się podzielę. Trzymajcie się krzeseł – będzie mocno.

 Ogólnie – jak większość z Was wie – uważam, że numerek, jakim jest ocena, nie jest w stanie precyzyjnie oddać poziomu wiedzy i umiejętności człowieka. Rozumiem jednak, że jakoś tę wiedzę musimy mierzyć, więc – jak każdy nauczyciel – stawiam stopnie. Z tych stopni następnie wynikają oceny semestralne i roczne.

Ból polega na tym, że często zapominamy, czym naprawdę są oceny i straszliwie się do nich przywiązujemy. Wielokrotnie byłam świadkiem sytuacji, gdy człek, skądinąd inteligentny i zdolny, całą swą energię „pakował” w walkę o o „średnią”. Rozumiecie? O „średnią”. O stopnie. O to, jak oceniają go inni, a nie o to, co NAPRAWDĘ umie, czy wie. Chwytacie różnicę?

OK, żeby nie było: sama nie jestem „bez grzechu”. Oczywiście, że niejednokrotnie pytam „na szóstkę”, czy „na czwórkę”, by docenić Waszą ambicję (albo „na dwóję”, by ratować jakiegoś nieszczęśnika). Oczywiście, że cieszyłam się, gdy kilka lat wstecz sama zdałam jeden z egzaminów na najwyższą możliwą ocenę. Oczywiście, że jestem zadowolona, gdy mój „prywatny Uczeń” otrzymuje dobre stopnie.

...ale...

...niekoniecznie „dołuje mnie”, jeżeli coś pójdzie nie tak. Staram się wtedy poznać przyczyny niepowodzenia i w przyszłości im zapobiegać. To działa!!

Znacznie łatwiej się żyje, jeżeli nie zapomina się o tym, co najważniejsze: o pierwotnych źródłach naszej motywacji, czyli o tym, DLACZEGO i PO CO się uczymy.

 Życzę Wam jak najlepszych ocen, które będę bezpośrednim odbiciem tego, co potraficie!

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież